Mniszek lekarski – zwykły chwast?

Rośliny niepożądane w uprawach okazują się superżywnością zawierającą wiele składników odżywczych.

Jedno ze wspomnień z dość wczesnego dzieciństwa? Piękny, słoneczny dzień, majowa łąka pełna kwiatów i stado krów… niezwykle zainteresowane wiankiem z mleczy mojej głowie. Z perspektywy trzylatki krowy wydawały się ogromne. I przerażające. Pewnie dlatego nawet dziś na wszelki wypadek omijam je wielkim łukiem.

Skąd taka nazwa?

Przyzwyczailiśmy się nazywać go mleczem, ale tak naprawdę to mniszek lekarski lub pospolity (Taraxacum officinale) pochodzący z rodziny astrowatych. Ma też nazwy regionalne: bole oczy, buława hetmańska, dmuchawiec, dmuchacz, kuba-baba, mlecz, mlecz zajęczy, mleczaj, mlecznica, mlecznik, mlicz, mlyc, mnich, popia głowa, podmuch, podróżnik mleczowaty, ślepota, męska stałość.

Zwróćcie uwagę na tę ostatnią nazwę. My, kobiety, zmieniając szyk wyrazów, żartobliwie tłumaczymy ją porównaniem trwałości męskiego uczucia do dmuchawca – wystarczy dmuchnąć, a nasiona luźno przywiązane do dna kwiatostanu ulecą w świat. Jednak gramatyka mówi co innego. Otóż przymiotnik oznaczający cechę doraźną umieszcza się przed rzeczownikiem, czyli w takim przypadku nazwa powinna brzmieć ‘stałość męska’, bo przecież zdarzają się i wierni mężczyźni. Czasami. Jednak ktoś celowo nadał inną kolejność – ‘męska stałość’. Dlaczego? Otóż przymiotnik oznaczający cechę trwałą, mający funkcję kategoryzacyjną, stawiamy po rzeczowniku, podobnie jak w tej nazwie. Zatem wspomniana ‘stałość’ ma zupełnie inną konotację, związaną ze staniem. A prościej? Powołam się na opinię, znanego już Wam świetnego botanika, popularyzatora przyrody, Łukasza Łuczaja – mniszek znakomicie działa na potencję.

‘Mniszek’ i ‘popia głowa’ to kalka językowa od caput monachi. Roślina zawdzięcza to miano niemieckiemu renesansowemu botanikowi, Ottonowi Brunfelsowi, któremu dno koszyczka kwiatostanowego otoczone zeschłymi listkami okrywy po zdmuchnięciu owoców skojarzyło się z tonsurą, mnisią fryzurą. We Francji nazywa się mniszka potocznie pissenlit, co oznacza łatwe usuwanie płynów, ponieważ już w średniowieczu lekarze stosowali go tam w formie naparu jako środek moczopędny. Natomiast ‘lwi ząb’ jest nazwą angielską (dandelion z francuskiego dent de lion) i niemiecką (Löwenzahn) pochodzącą od charakterystycznego ząbkowanego kształtu liści.

Taraxacum, czyli nazwa rodzajowa, pojawiła się po raz pierwszy w średniowieczu. Najprawdopodobniej wywodzi się z arabskiego tharakchakon, w którym oznacza roślinę o gorzkim smaku.

Kilka słów o pochodzeniu

Na świecie jest ponad 2000 gatunków z rodzaju Taraxacum, w Polsce rośnie z tego około 200 drobnych gatunków reprezentujących sekcję Taraxacum (=Taraxacum officinale), z których rozpoznaniem są w stanie poradzić sobie jedynie specjaliści1. Uważa się, że wyewoluował już w kredzie, czyli mniej więcej od 145 do 66 mln lat temu, gdzieś na terenach Azji Centralnej, a potem zaczął wędrówkę po kuli ziemskiej.

Ustalenie pochodzenia rodzaju Taraxacum jest bardzo trudne (nawet przy wykorzystaniu obecnych technik molekularnych) ze względu na powszechnie zachodzące w tym rodzaju procesy hybrydyzacji i polipoidyzacji2. Istnieje też wiele sprzecznych hipotez o tym, jak trafił do Ameryki Północnej. Zgodnie z jedną z nich przewędrował tam już w plejstocenie z Azji poprzez Beringię, pas lądu łączący wówczas teren dzisiejszej Syberii z północną Kanadą. Mogli go także zawlec do Ameryki Wikingowie około 1000 roku albo później osadnicy z Mayflower. A może celowo przywieźli go ze sobą późniejsi osadnicy, dla których był cenną rośliną leczniczą? Jedno wiadomo na pewno, pierwszy opis pochodzi z roku 1672 z terenu Nowej Anglii.

Mniszek wciśnie się niemal wszędzie. Lubi lasy, ogrody, nieużytki, pola, sady, ale ma też i inne, dość dziwaczne upodobania. Rośnie więc chętnie tam, gdzie człowiek pozostawił po sobie ślad, a więc na siedliskach zaburzonych, w miejscach po pożarach, zdewastowanych, wydeptywanych, rozjeżdżonych, na gruzowiskach, na terenach kolejowych, na placach i w szparach na chodnikach.

Wartościowa roślina

Surowcem w ziołolecznictwie jest w przypadku mniszka lekarskiego cała roślina. Zbiera się liście albo całe rozety liści razem z pędami i kwiatostanami, a jesienią i wczesną wiosną wycina się i suszy korzenie. W sklepach zielarskich i aptekach można kupić sok z mniszka stabilizowany etanolem, który tradycyjnie podaje się w przypadku niestrawności, braku apetytu i jako łagodny środek moczopędny; a także krojone ziele i korzeń mniszka, które wchodzą w skład wielu mieszanek ziołowych m.in.: na oczyszczenie, wątrobę, trzustkę, przeziębienie.

W medycynie europejskiej stosowano go od wieków jako środek: żółciotwórczy, żółciopędny, gdyż chroni wątrobę przed uszkodzeniem, stłuszczeniem i marskością oraz zapobiega zastojom żółci, tworzeniu się i odkładaniu się kamieni żółciowych; pobudzający przemianę materii, odtruwający, usprawniający trawienie, więc poleca się go w otyłości; wzmagający diurezę. Wiadomo też, że napar, sok z mniszka i odwar regulują wypróżnienia, gdyż rozkurczają mięśnie gładkie. Polecano go także w leczeniu niedokrwistości, białaczki i w ogólnym osłabieniu organizmu. Badacze opisali jego działanie przeciwmiażdżycowe.

Nie będę Wam teraz wypisywać wszystkich składników mniszka, bo jest ich bardzo dużo i ich trudne nazwy więcej powiedzą chemikom i botanikom niż nam, laikom. Ważne, by wiedzieć, że znajdują się w nim m.in. fitosterole, karotenoidy, inulina, flawonoidy, kumaryny, witamina K, kwas foliowy, wielonienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3.

Bierzmy przykład z Francuzów

We Francji, choć nie tylko, mniszek jest nie tylko chwastem i ziołem, ale także rośliną jadalną. Jada się wszystkie części rośliny oprócz nasion. Ja omijałam go bardzo długo, nie mając odwagi spróbować, choć rośnie u mnie w ilościach hurtowych. W tym roku, z myślą o Was, postanowiłam zaryzykować. Wybrałam się na łąkę z nożem po rozety mniszkowe, pamiętając o tym, że liście nawet na jednej roślinie mogą się od siebie różnić pokrojem. Niektóre są wyraźnie powycinane, ząbkowane, a inne prawie zupełnie gładkie. Ważne, by zbierać listki młode, najlepiej przed zakwitnięciem, takie są najsmaczniejsze. Surowe są łagodniejsze, w duszonych lub sparzonych wyczuwa się silniejszą gorycz, choć podobno zależy to od miejsca, w którym mniszek wyrósł. Liście mniszka są zdecydowanie inne niż sałaciane, najłatwiej określić je jako ciągliwe, więc najlepiej przed jedzeniem pokroić je na mniejsze kawałki. Trzeba je dobrze umyć, a jeśli zbieracie je w miejscach, w których chodzą psy, to bezpieczniej je sparzyć wrzątkiem.

Sałatka francuska

Zrobiło się nagle bardzo gorąco, więc miałyśmy z mamą ochotę na coś lekkiego. Przetestowałam przepis na sałatkę z książki Łukasza Łuczaja (jak zwykle modyfikując w trakcie pracy). Zaczęłam od umycia i sparzenia liści. Potem zalałam je na kilka minut sosem z soku z cytryny, oliwy z oliwek, miodu, musztardy, ząbka czosnku i soli. Następnie wysmażyłam na chrupiąco cienkie plasterki wędzonego boczku. Wyjęłam je na ręcznik papierowy, a na tłuszczu z nich wytopionym usmażyłam pokrojone w kostkę kromki chleba na złociste grzanki. A potem podałam, wymieszawszy wszystko.

Sałatka niemiecko-austriacka

Dwie różne sałatki połączyłam w inną. Do liści przygotowanych jak wyżej dodałam ugotowane w skórce, obrane i pokrojone w kostkę ziemniaki, ogórek kiszony w plasterkach, pomidory i ugotowane jajka pokrojone w cząstki, szczypiorek. Całość polałam sosem winegret.

A teraz niecierpliwie czekam aż mniszki zakwitną i ktoś wymyśli z nimi polską sałatkę.

1 Co dopowiedziała moja Przyjaciółka, botanik, po przeczytaniu tekstu.

2 Jw.